Shift – dawno nie widziałem tak topornej aplikacji fotograficznej

App Store i Sklep Google Play przeżywają prawdziwy zalew aplikacji fotograficznych. W obu sklepach z prędkością światła przybywa programów do fotografowania, a przede wszystkim edytowania zdjęć w taki sposób, aby wyglądały fajnie. Może niekoniecznie profesjonalnie, ale przynajmniej fajnie. Jedną z takich aplikacji jest Shift. W teorii ma ona dawać ogromne możliwości edytowania fotek. Twórcy wręcz kuszą tym, że ich appka pozwala na tworzenie własnych filtrów fotograficznych. Ale to tylko teoria. Praktyka już nie jest taka różowa.

Shift to oczywiście aplikacja, która pozwala zarówno na zrobienie zdjęcia, które za chwilę będziemy edytować, jak i wybranie już gotowej fotografii spośród zapisanych w pamięci urządzenia. Nic nadzwyczajnego. Appka pozwala także na podzielenie się zdjęciem w mediach społecznościowych lub z innymi aplikacjami. Również nic nadzwyczajnego. Ot taki standard.

To, co miało odróżniać Shift od konkurencji to ogromne możliwości edycyjne, nazwane wręcz funkcją tworzenia swoich własnych filtrów. Miało odróżniać…

Przede wszystkim aplikacja jest strasznie toporna. I nie chodzi tutaj o wolne działanie, czy też nieprzemyślany interfejs. Z tym jest wszystko w porządku. Po prostu edytowanie fotografii jest tak źle rozwiązane, że już chyba gorzej być nie może.

Do czego przyzwyczaiły nas innego tego typu aplikacje, np. recenzowane niedawno przeze mnie Pomelo? Wybieramy fotkę, odpowiedni filtr, nadajemy mu intensywność, następnie przycinamy, regulujemy inne parametry, np. kontrast, jasność itd. i wrzucamy na Instagrama. Łatwe, proste i przyjemne. Nikt nie ma prawa się w tym pogubić i szybko można osiągnąć zamierzony efekt. Tymczasem w Shift jest zupełnie inaczej.

Owszem, możliwości są naprawdę ogromne, ponieważ przy pomocy tak naprawdę trzech elementów możemy stworzyć miliony wersji tego samego zdjęcia. Pierwszym takim elementem są trzy okręgi umieszczone na fotografii, które niejako określają, w jakim konkretnie miejscu ma działać dany filtr. Możemy je dowolnie ustawiać, przesuwać, czy też zbliżać lub oddalać od siebie, dzięki czemu efekt będzie mniej lub bardziej intensywny. Drugi element to pasek regulacji efektu, czyli po prostu sposób na ustawienie intensywności danego filtra. Trzeci element to pasek wyboru koloru filtra, co chyba nie wymaga dodatkowego wyjaśniania. I wydawałoby się, że to świetne rozwiązanie, bo filtr może działać tylko na części fotografii i mamy całkiem niezłe możliwości edytowania. Ale to tylko teoria.

Cały problem polega na tym, że nie mamy możliwości wyboru samego filtra

Możemy co najwyżej klikać kolejno w przycisk, który nadaje zdjęciu losowo wybrany wygląd. Jeśli trafimy na coś, co nam się w miarę podoba, to wtedy dopiero możemy przystąpić do bardziej zaawansowanej edycji. Gdy osiągniemy zamierzony cel, to możemy zapisać dany filtr na przyszłość, aby szybciej go wykorzystać przy kolejnych zdjęciach. W każdej chwili możemy też wycofać ostatnią akcję.

I to w sumie tyle. Sama aplikacja nie jest taka zła, ale edytowanie zdjęć to mały koszmarek. Zanim osiągnąłem efekt, który mi się podobał, musiałem sporo się natrudzić. A chyba nie o to chodzi. Pożądany efekt szybciej osiągniemy przy pomocy Instagrama, Pomelo, czy też VSCOCAM, a przecież to właśnie o intuicyjność i łatwość obsługi chodzi przede wszystkim w tego typu aplikacjach.

Także możecie wypróbować Shift, ale osobiście nie polecam. Moim faworytem cały czas pozostaje Pomelo. A Shift możecie pobrać ze Sklepu Google Play:

google_play